Grzegorz Stern „Borderline Dwanaście podróży do Birmy”



 
Grzegorz Stern
„Borderline
Dwanaście podróży do Birmy”

„Zepsuci jesteśmy my Birmańczycy.
Zepsuli nas i nie bardzo wiemy, co z tym zrobić”


            Myślę, że o ile większość słyszała o Birmie, to nie każdy wie, gdzie leży to państwo, z kim sąsiaduje, jaką ma powierzchnię, jak nazywa się jego stolica. Nawet jeśli gdzieś w telewizyjnych wiadomościach kilka albo kilkanaście lat temu mignęła nam informacja o jakiejś rozpętanej przez mnichów „szafranowej rewolucji”, albo cyklonie, który odebrał życie dwustu tysiącom ludzi czy uwolnieniu z domowego aresztu Laureatki Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi, to Birma  jest dla nas tak egzotycznym i mało ważnym państwem, że pewnie oprócz odrobiny chwilowego współczucia dla tragicznie zmarłych lub zabitych osób, wyrzuciliśmy tę wiedzę z pamięci. Może tylko czasami bardziej spostrzegawczy konsument gdzieś na opakowaniu zakupionego w markecie ryżu zauważy napis: wyprodukowano w Birmie. A Birma…? Ta wciąż istnieje, trwa gdzieś nad zatoką Bengalską, sąsiadując z Chinami, Tajlandią, Indiami i Bangladeszem. Teraz zapomniana, pewnie za jakiś czas znów obudzi nas z letargu niepamięci i na chwilę przekieruje naszą uwagę na jakieś tragiczne wydarzenia, bo Birma pomimo raczkującej od niedawna „demokracji” wciąż „płonie” i chociaż teraz ten ogień jedynie się tli, to w każdym momencie należy oczekiwać kolejnego wielkiego pożaru, który znowu na moment przyciągnie spragnionych sensacji i krwi dziennikarzy.  
         Grzegorz Stern nie jest dla Birmy dziennikarzem „przygodnym”. Nie pojawia się w tym kraju tylko z potrzeby chwili. Nie zapomina o Birmie tuż po podaniu informacji o śmierci walczących o wolność mnichów, czy też ginącej w rzezi marginalnej dla wielomilionowej społeczności garstki muzułmanów. Nie wyjeżdża po zrobieniu zdjęcia uwolnionej Laureatki Pokojowej Nagrody Nobla lub po pokazaniu skutków szalejącego z nieprawdopodobną siłą cyklonu. Autora „Borderline” wiąże z Birmą coś więcej, jakaś tajemnicza więź, która każe mu wracać do tego państwa i śledzić jego tragiczne losy. Dlatego podróżuje tam co chwilę, wędruje pograniczem z walczącymi z reżimem partyzantami, przedziera się przez busz, rozmawia z byłymi więźniami politycznymi i przywódcami rebelii, jedzie do przeniesionej do buszu nowej stolicy państwa, przesiaduje w kawiarniach i popijając herbatę, stara się zrozumieć Birmańczyków, którzy pomimo ogromnej sympatii za każdym razem próbują go oszukać. Te osobiste doświadczenia sprawiają, że opowieść o Birmie, jaką zaproponował nam Stern, czyta się wyjątkowo dobrze i nawet czytelnik słabo znający lub w ogóle pozbawiony wiedzy na temat  Republiki Związku Mjanmy (oficjalna nazwa), zatopi się w treść książki i z niedowierzaniem przyjrzy terrorowi władzy i zachowaniom dotkniętych autorytarną dyktaturą mieszkańców.
         „Borderline. Dwanaście podróży do Birmy” to książka, która momentami wciąga, porusza i wzburza. Terror, jaki zgotowała ludności cywilnej dyktatura wojskowa, przypomina najczarniejszy scenariusz, wykraczający poza ludzką wyobraźnię. Grzegorz Stern z przenikliwą dokładnością opisuje absurdalne przyczyny aresztowań, tortury i brutalnie zadawaną śmierć, czasami zupełnie przypadkowym ludziom. Ci, którzy znają chociażby „Inny świat” G. Herlinga – Grudzińskiego, czy też „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna, z przerażeniem mogą przypomnieć sobie o bezwzględności władzy i okrucieństwie człowieka. W świecie opisywanym przez Sterna panuje paniczny lęk, każdy jest podejrzany i każdy może być donosicielem. Dlatego jakakolwiek próba skierowania rozmowy na tematy polityczne, kończy się ciszą. Aby przeżyć, trzeba milczeć, bo nawet najmniejsza krytyka władzy i nieświadomie wypowiedziany żart może stać się przyczyną aresztowania, wymyślnych tortur, a potem długoletniego więzienia. A więźniem politycznym mógł stać się każdy, nawet czteroletni chłopiec. Wystarczyło czytać Orwella, na chwilę wyjechać za granicę, albo w dobrym humorze wypowiedzieć niewłaściwie brzmiące słowa: „Mamy dostęp do morza, a w sklepie nie ma soli!”. Reportażysta nie zmyśla, nie dodaje, nie ubarwia. Informacje, które przekazuje czytelnikowi, ma z pierwszej ręki. Rozmawia z byłymi więźniami, świadkami aresztowań i ludźmi terroryzowanymi przez władzę. Chwilami relacje przerażają, wywołują niedowierzanie i gniew. Gdy czytelnik poznaje historię sołtysa wioski, bestialsko zamordowanego przez rzucających w niego nożami podczas zabawy żołnierzy, zadaje sobie pytanie o naturę zła i okrucieństwo, jakie noszą w sobie ludzie. Bo książka Sterna, to nie tylko reportaż o Birmie, ale także o naturze człowieka.
         Grzegorz Stern nie ogranicza się jedynie do opisu terroru władzy. Demaskuje także inne absurdy totalitaryzmu. Czytelnik ze zdziwieniem czyta o  niedorzecznym i nagłym przeniesieniu stolicy państwa do nowopowstałego miasta, wbudowywanego w środku buszu. Miasta, które nie ma nazwy i dla społeczności międzynarodowej musi pozostać tajemnicą. Dowiaduje się o kuriozalnym zakazie używania skuterów, zaskakującej i pozbawionej logicznego sensu kontroli samochodów, dziwacznemu upodobaniu rządzącego generała do numerologii oraz wielogodzinnej próbie kupna biletu na podciąg. Pisarz pokazuje mechanizmy fałszowania wyborów i referendów, propagandę mediów i arogancję władzy. Nawet śmierci dwustu tysięcy osób, będących ofiarami cyklonu, nie zmiękcza serc junty. Manipulują, kłamią, oszukują i mamią opinię publiczną, zapewniając o bezpieczeństwie ludności i ich dobrobycie. Pomoc z zewnątrz traktują jako hańbę, a gdy się już na nią zgadzają, ta nigdy nie dociera do poszkodowanych.
         W swojej książce Stern nie opisuje jedynie wydarzeń, będących wynikiem jego dwunastu podróży do Birmy. Pisarz wraca do historii Republiki Związku Mjanmy. Stara się przedstawić czytelnikowi rodzący się reżim, nieudane bunty, krwawe rewolucje, zmianę systemu politycznego, konflikty międzyplemienne. Te wszystkie informacje mają pomóc zrozumieć odbiorcy tragizm dziejów Birmańczyków i ich późniejszą nieumiejętność radzenia sobie w kiełkującej demokracji, a może bardziej „pseudodemokraci”. Właśnie te rozdziały książki, które traktują o „oddaniu władzy” przez reżim wojskowy politykom opozycyjnym w wolnych wyborach po uwolnieniu, uwięzionej w areszcie domowym, Laureatki Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi, są jednymi z ciekawszych jej fragmentów. Późniejsza walka o władzę, rozłam opozycji, wzajemne oskarżenia i nowy rodzący się autorytaryzm pod szyldem demokracji, jak żywo przypominają wydarzenia w Polsce po roku 1989, a może i czasy współczesne…
         Reportaż Sterna jest też książką o demoralizacji władzy i bezpodmiotowości zwykłego człowieka. Wystarczy chwila, by szlachetne hasła powszechnej sprawiedliwości przegrały z chęcią rządzenia, a dawni oprawcy stali się nagle żołnierzami walki o wolność. Pisarz pokazuje upadek reżimu, rodzącą się demokrację i powolny jej upadek… Bo jak inaczej można nazwać krwawe tłumienie kolejnych protestów, brak empatii na krzywdę człowieka i rosnącą niesprawiedliwość. Okazuje się, co nie jest novum w historii, że bohater tłumów i symbol walki o wolność w łatwością może się stać beznamiętnym politykiem, uzurpującym sobie prawo do autorytarnych rządów.
         „Borderline. Dwanaście podróży do Birmy” to również, a może przede wszystkim reportaż o zwykłych ludziach. Zwykłych, szarych obywatelach Birmy, którzy najpierw tłamszeni przez reżim, nagle musieli się odnaleźć w nowym świecie. Stern nie ma złudzeń i zdaje się w swojej książce powtarzać znane już nam słowa, że każdy totalitaryzm jest podwójnie zły – za to, co zrobił z ludźmi i kogo z nich uczynił. Bo jak mówi jeden z rozmówców Sterna: „Zepsuci jesteśmy my Birmańczycy. Zepsuli nas i nie bardzo wiemy, co z tym zrobić”.
         Mimo że niektórzy znawcy tematu zarzucają Grzegorzowi Sternowi błędy merytoryczne, niedopatrzenia historyczne, niezrozumienia mechanizmów politycznych, zanadto wyeksponowany subiektywizm, to „Borderline” uważam za jeden z lepszych reportaży, jakie czytałem w ostatnim czasie. Osobiste doświadczenia pisarza, jakie zdobył podczas podróży do Birmy, ograniczenie do koniecznego minimum wiedzy historycznej, plastyczność prezentowanych opisów oraz umiejętne prowadzenie narracji powodują, że autor wciąga czytelnika w swoją historię i nie pozwala o niej zapomnieć. Książka Sterna budzi emocje, rodzi przerażenie i wzmaga ciekawość. Nie ma w niej miejsca na nudę. Czytelnik idzie ścieżką wyznaczoną przez pisarza i patrzy na świat jego oczyma. Nie zgadzam się z zarzutami niektórych krytyków o zbyt mocno wyeksponowanym „ja” autora. Stern robi przecież reportaż ze swoich podróży, to on wybiera rozmówców, to on decyduje o kształcie książki, to on naraża swoją wolność, jadąc do nieistniejącego na mapach miasta oraz rozmawiając z byłymi więźniami politycznymi, i wreszcie…, to on ryzykuje życiem, wędrując z Kareńskimi partyzantami. „Borderline” nie jest utworem, pokazującym całą prawdę o Birmie, a stanowi jedynie jej drobny wycinek. Zresztą, czytając reportaż Sterna, miałem wrażenie, że choć sama książka jest dziełem skończonym, to historia Republiki Związku Mjanmy będzie zawsze niedokończona i niepełna.
Tomasz Duda

Ocena 10/10

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarne
 

          

Tomasz Duda

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Dziękuję serdecznie za recenzję, szczególnie za ostani akapit, bo jakoś tak się składa, że z "ja" mają problem wyłącznie teoretycy reportażu. Pozdrawiam, Grzegorz Stern.

    OdpowiedzUsuń