"Robin Hood. Początek" - reż. Otto Bathurst


Znacie słynną legendę o Robin Hoodzie? Też pytanie, z pewnością! Historię księcia złodziei mieliśmy okazję oglądać na szklanym ekranie już tyle razy, w tak wielu wersjach, że z pewnością nie kryje ona przed nami żadnych tajemnic: legendarny Robin z Loxley walczy o wolność ludzi z Nottingham, odbierając bogatym i rozdając biednym, a towarzyszy mu wierna ekipa, w tym przyjaciel John oraz ukochana Marion. Wydawałoby się, że po tak wielu ekranizacjach (w roli Robina wystąpili już Douglas Fairbanks, Errol Flynn, Sean Connery, Kevin Costner…) scenarzyści nie są w stanie już niczym nas zaskoczyć. Tymczasem w moje ręce trafia „Robin Hood. Początek” (reż. Otto Bathurst), po czym przekonuję się, jak bardzo się myliłam.

Takiego Robina jeszcze nie było, możecie być pewni. Pytanie tylko… czy to dobrze, czy raczej niekoniecznie?

Reżyser wymyślił sobie całkiem nową wizję Robina Hooda i skupił się na tym, co było zanim Robin i jego drużyna stali się rozbójnikami z lasu Sherwood. W jego wersji – jakże uwspółcześnionej – Robin (w tej roli całkiem przekonywujący Taron Egerton)  został zesłany na wojnę w Arabii, gdzie po raz pierwszy zetknął się z Johnem (Jamie Foxx), który stał się jego wrogiem. Robin zaznał na wojnie wielu przejawów zła i korupcji, przez co stracił wiarę we własny naród, toteż po powrocie sprzeczności nim targane sprawiły, że „obudził” w sobie Robina Hooda, przywdział kaptur i z łukiem w dłoni wyruszył w pojedynkę na wojnę z szeryfem z Nottingham. 
Do tego momentu jestem w stanie zgodzić się z reżyserem. Powiem więcej: film wydawał się nawet ciekawy i… logiczny. Kiedy jednak do zbuntowanego Robina dołączył John, wszystko zaczęło się psuć. Zupełnie nie przekonały mnie motywy, jakie kierowały Johnem, gdy postanowił zawrzeć sojusz z Robinem. Ale cóż, stało się, ta dwójka postanowiła stawić czoła władzy Nottingham – szeryfowi i Kościołowi. Instytucja ta została zresztą zaprezentowana z jednej, tej najgorszej strony. Taki sam los spotkał Szeryfa, który stał się zdecydowanym czarnym charakterem w tej historii – brutalnym i bezwzględnym w walce o władzę. 
Oglądając „Robin Hood. Początek” miałam niekiedy wrażenie, że mam do czynienia z kolejną produkcją z serii „Straszny film”. Pojawiło się tak wiele skojarzeń i nawiązań do innych kultowych produkcji, że momentami odczuwałam zażenowanie – czy producentom naprawdę zabrakło własnych pomysłów? Scena, w której John „trenuje” Robina do złudzenia przypominała treningi Rocky’ego przed walką z Ivanem Drago. Sceny walki to niewątpliwie Chuck Norris w akcji (żadna strzała mnie nie trafi, ale ja zabiję wszystkich!), zaś przyjęcie w Nottingham to kolorowe stroje i nadęci bogacze rodem z „Igrzysk śmierci”. Nie sposób nie wspomnieć również o scenie, w której pokonani rycerze spadają w czarną otchłań, niczym w kultowej scenie z „300”, czy też wreszcie o samym Robinie, którego pikowana kurtka, zupełnie niepasująca do ówczesnych realiów oraz chusta osłaniająca twarz do złudzenia przywodziły na myśl kibola rodem z „Hooligans”…
Kolejną rzeczą, która drażniła, były stroje właśnie. Nie tylko Robin wyglądał, jakby pomylił epoki, lecz również Marion zupełnie nie pasowała do obrazu biedoty zamieszkującej kopalnie. Oprócz eksponujących wdzięki bujnych strojów nie sposób nie zauważyć makijażu, który towarzyszył Marion w najbardziej ekstremalnych scenach. Sama postać Marion zresztą nie ujęła mnie. Z jednej strony prawa obywatelka, z drugiej – nie do końca tak krystaliczna i niewinna, jak mogłoby się wydawać. Nieustannie kojarzyła mi się z Kattnis Everdeen z „Igrzysk śmierci” - nie sposób nie zauważyć chyba wizualnego podobieństwa tych pań. Walka z władzą, łuk i strzały, miłość… Czy był to celowy zabieg? Nie wiem, jednak z pewnością nie wpłynął on zbyt pozytywnie na odbiór kreacji Marion, której najzwyczajniej w świecie zabrakło duszy.
O tym, co w filmie nie zagrało, można by pisać długo. Oglądając jednak film dla własnej przyjemności, staram się skupiać na tym, co w nim najlepsze. Biorąc pod uwagę fakt, że film miał stanowić uwspółcześnioną wersję legendy o Robinie, trzeba przyznać, że był to dobry pomysł. W dobie zapotrzebowania i mody na filmy pełne akcji i efektów specjalnych, reżyserzy skupili się na tym, by uraczyć widzów spektakularnym widowiskiem ze słynną legendą w tle. Widowisko było, owszem. Szkoda jedynie, że zabrakło w nim realizmu.
Ocena: 5/10
Za możliwość obejrzenia dziękuję Monolith Films

Izabela Jurkiewicz

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Pewnie kiedyś obejrzę, ale w celach taniej rozrywki niż ciekawego seansu.

    OdpowiedzUsuń