‘’To, co zostaje” – Tim Weaver

Jestem osobą, która uwielbia sensację czy kryminały, a więc to jasne, że często sięgam po książki z tego gatunku. Jak przez mgłę pamiętam, że już wiele lat temu miałam styczność z Tim’em Weaver i niestety średnio dobrze wspominam tę przygodę (nawet odnalazłam archiwalną i nieopublikowaną recenzję książki, którą wtedy czytałam). Nie będę się rozpisywać, dlaczego tamta książka nie do końca przypadła mi do gustu, ponieważ nie ona jest przedmiotem moich dzisiejszych rozważań. Wspominam o tym, ponieważ postanowiłam dać temu autorowi jeszcze jedną szansę. Przecież mogłam po prostu trafić na jego odrobinę słabszą powieść, bo nie każda książka musi być bestsellerem, a też wszyscy ludzie mają inne gusta i co jednym może się podobać, inni krytykują.

Detektyw Healy jest jednym z lepszych i skuteczniejszych policjantów, ale są sprawy, których nie uda się rozwiązać nawet najwybitniejszym. Sprawa morderstwa matki oraz jej dwóch córek sprawiła, że jego życie już nigdy nie będzie takie samo. Stracił wszystko - karierę i rodzinę. Ciągle zadawał sobie jedno pytanie, na które nie znalazł odpowiedzi... Kto dopuścił się tak brutalnej zbrodni? David jest przyjacielem Healy'ego i stara się mu pomóc jak może, co nie jest łatwym zadaniem. W końcu oboje zaczynają na nowo prowadzić śledztwo, które niespodziewanie zaczyna się dynamicznie rozwijać i doprowadzać ich do pewnych spraw z przeszłości. Czy uda im się poznać prawdę? Jak wiele będą musieli poświęcić, aby pokonać złych ludzi, którzy depczą ich po piętach i usiłują ich zabić?
- Kiedy się na niego patrzy… - East zwrócił ku mnie twarz ze śladami łez… - to tak, jakby się patrzyło w oczy diabła.

Książka ta była dobra, ale nie porwała mnie i z pewnością nie mogę jej nawet ustawić obok kryminałów, które mi się podobały, do których miałabym kiedyś ochotę wrócić i które z czystym sercem oraz przekonaniem, mogłabym polecać innym. Oczywiście nie oznacza to, że powieść ta kompletnie nie przypadła mi do gustu, bo tak nie jest. Przeczytałam ją w całości, a jest to mała cegiełka, ponieważ ma około 560 stron, więc nie tak mało. Dotrwanie do końca nie było wybitnie trudnym zadaniem, ale nie ukrywam, że miałam kilka kryzysów w trakcie.

Zacznę może od kwestii dla mnie najważniejszych i takie, które najbardziej wpłynęły na moją ostateczną ocenę. Sam pomysł na powieść okazał się bardzo fajny i z pewnością dobrze przemyślany. Nie można zarzucić autorowi tego, że coś w środku było nielogiczne i bezsensowne, co z pewnością jest dużym plusem. Przy kryminałach ze skomplikowanymi zagadkami, wszystko musi być na swoim miejscu, każde wydarzenie powinno odgrywać jakąś rolę i komponować się z fabułą. Tutaj nie dostrzegłam żadnych potknięć, udało mi się zrozumieć sens tej całej historii i nie czułam z tyłu głowy, że jednak coś nie gra, a uwierzcie mi... Często zdarza mi się mieć takie przemyślenia, które prowadzą do uzmysłowienia sobie absurdalności pomysłów autorów.

Drugą ważną sprawą jest oczywiście kreacja bohaterów. Nie będę tutaj rozpisywać się o tych drugoplanowych, bo najważniejszy jest Healy oraz David, którzy grają pierwsze skrzypce. Autor postarał się, aby były to całkiem dwie różne postacie, ale jednak z pewnym wspólnym punktem. Oboje mają słabość, która każe pchać im się w sprawę beznadziejną i niebezpieczną, chociaż wiedzą, że mogą nawet zginąć. Autor doskonale ich opisał, dzięki czemu ja, jako czytelnik, miałam ich pełen obraz. Doskonale wiedziałam, co siedzi im w głowie i dlaczego postępują tak, a nie inaczej.

Styl pisania autora również jest fajny. Chodzi mi o to, że dość szeroko wyjaśnia wszystkie wydarzenia, rysuje ich obraz, dzięki czemu czytelnik jest dobrze poinformowany. Dialogi wprowadza w odpowiednich momentach, są one odpowiednio rozbudowane i nie ciągną się bezsensownie przez kilka stron. Być może momentami tych opisów jest zdecydowanie zbyt dużo i stają się nużące, ale to już taka kwestia trochę poboczna.
W wodzie była krew. Niezbyt dużo, ale była. Wirowała na powierzchni kałuż jak smugo czerwonego barwnika, spływając stopniowo do ścieku. W fugach między kafelkami widać było ślady zakrzepłej krwi, zdążyły już jednak wyblaknąć, przybierając jasnoróżową barwę, i trzeba się było dobrze wpatrywać, by je dostrzec.

Do tej pory mówiłam tylko o zaletach tej książki, ale przecież musiała mieć jakieś wady, skoro nie do końca się z nią polubiłam. Jak wspomniałam wyżej - pomysł zdecydowanie mi się podobał, ale wykonanie już trochę mniej. Fabuła okazała się zbyt mało dynamiczna, zdarzało się, że musiałam odłożyć książkę, bo po prostu mnie usypiała. Wracałam do niej później, bo jednak ziarno zostało zasiane i chciałam poznać rozwiązanie zagadki. Oczywiście nie obyło się bez problemów i trudnych chwil, bo uważam, że spokojnie można było w pewne momenty dodać więcej ognia, aby czytelnik ciągle był na fali i nie miał czasu się znudzić. Owszem, czasem emocje muszą opadać, ale nie do zera, a w tej książce niestety tak było.

Książka ta z pewnością zasługuje na uwagę jeśli lubicie twórczość Tim’a Weaver, a wiem, że takich osób jest całkiem sporo. Podobał mi się pomysł na fabułę, fajny i ciekawy styl pisania autora, ale jednak coś poszło nie tak. Powieść ta po prostu momentami okropnie mnie nudziła, po wielkich emocjach, następował szereg wydarzeń, które być może były ważne z punktu widzenia opowiadanej historii, ale zostały przedstawione w sposób mało interesujący i usypiający. Mimo wszystko, dotrwałam do końca, z problemami, ale moje ogólne wrażenie jest dobre.

Ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Albatros


Patrycja Bomba 
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze: