„Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow” - Jessica Townsend


„Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow” to książka, która dla odmiany pochłonęła mnie doszczętnie i po zakończeniu kazała się przeczytać jeszcze raz. Teraz zachęca mnie znów do powtórki, a ja, no cóż, właściwie nie mam nic przeciwko. Generalnie jestem w niemałym szoku, ponieważ nie pamiętam, aby jakakolwiek książka już od wielu lat tak sugestywnie na mnie podziałała. Z pełną świadomością tego, co teraz piszę, przyznaję, iż od tej chwili seria o wspaniałej Morrigan Crow zajmuje zaszczytną półkę w mym domu na równi z Harry’m Potter’em. Ba! - ja czuję się nawet trochę tym zmieszana, bo nie wiem, co staje się mi bliższe. Dodam, iż jestem ogromną fanką świata wykreowanego przez Rowling i odgrywa on niemałą rolę w moim życiu, a tu teraz takie zaskoczenie.

Historia napisana przez Jessice Townsend tętni oryginalnością, ogromem barw, zapachów i wielce osobliwych osobliwości (celowy pleonazm) z którymi nic dotychczas mi poznanego nie może się równać. Z opisu może zdać się jakimś szaleństwem, jednakże nic bardziej mylnego, to doskonale przemyślane i tak wunderowe szaleństwo, o którego istnienie niemal każdy z marszu by poprosił. 

W Nevermoor stykamy się niewątpliwie z magią, lecz nie w klasycznym i całkiem realistycznym, czy takim bardziej nam zrozumiałym wydaniu, jak w serii o Harry’m Potterze, a bardziej baśniowym, lecz zdecydowanie nie uchwyconym w sztywne ramy. Powiedziałabym, że to w pewnym sensie pomieszanie Harry'ego z "Alicją w krainie czarów". Magia istnieje tu w każdym zakątku, niezwykłych budowlach, parkach, zbytkach, przekrętynach, fascynujących drygach, nietuzinkowych szkołach, bajecznie przerażających i pełnych doskonałej zabawy paradach, zoorzętach, wunderzętach, niebiańskich istotach, zjawiskach i w końcu w tajemniczym, złocistym wunderze, który lgnie do naszej bohaterki bez końca.



Autorka sprawiła, że każdy z nas chce poznać swój prawdziwy dryg i stawia ona w książce duży nacisk na zgłębianie go i szlifowanie, aby w przyszłości mógł się nam jak najlepiej przysłużyć. Wspaniała dziewiątka dzieciaków, które zostały przyjęte do Towarzystwa Wunderowego i stały się Jednostką 919, posiada świetnie rozwinięte i wyjątkowe umiejętności, które przez następne pięć lat będą wzbijać na wyżyny perfekcji ogromem intensywnej pracy na wszelkich frontach bezpośrednio i czasem trochę pośrednio związanych z ich drygiem. Mimo iż dostają do pomocy najwspanialszą Pannę Cheery, konduktorkę przytulnej Salonki i zarówno nieocenioną pomoc we wszelkich ustaleniach dotyczących ich rozwoju, zajęć i organizacji pomocy naukowych, to muszą sami się pilnować i dawać z siebie wszystko.

Morrigan Crow nareszcie doczekała się swej upragnionej złotej przypinki z Towarzystwa Wunderowego, a jak się później okazuje, to nie jest jedyna niespodzianka, bo co mają oznaczać tajemnicze drzwi, które niespodziewanie pojawiają się w pokoju i nie posiadają żadnej klamki oraz tajemniczy nie-tatuaż? 

Szkoła prócz przerażających wychowawczyń, przysparza Morrigan ogrom zawodu, bólu i poczucia niesprawiedliwości, a jakby tego było mało, to jej patron bez ustanku wyrusza na tajemnicze misje w sprawie niepokojących zaginięć, wtedy też Jednostka 919 zostaje okropnie zaszantażowana. Na jaw może wyjść największy sekret całej grupy, co równałoby się z ich natychmiastowym wykluczeniem z upragnionego towarzystwa. Czy wszyscy okażą się jednakowo lojalni? Podołają trudnym wyzwaniom stawianym przez tajemniczych szantażystów? Nie trudno zgadnąć, że ta sytuacja odbije się rykoszetem na Morrigan i jej stosunkach z resztą jednostki, o której przecież tak marzyła, o tych siostrach i braciach do śmierci.



Jednym z moich ulubionych momentów jest ten, w którym Morrigan znajduje się w sytuacji zagrożenia, jednak wciąż w stosunkowo bliskiej odległości od osób, które pomocy mogłyby jej udzielić. Z niemałą satysfakcją odczytywałam ten fragment kilka razy z rzędu, bo Morrigan nie dała sobą zamanipulować w stary jak świat sposób.

„- Puśćcie mnie! – krzyknęła.

- Bo co? Zawołasz konduktorkę, żeby cię ocaliła? – Heloise przesadnie wydęła wargi. – No już, wołaj, skoro jesteś takim dzieciuchem…

- PANNO CHEERY! – wrzasnęła Morrigan, która ani trochę nie wstydziła się zawołać konduktorki, niezależnie od tego, co sobie myśleli. – NA POMOC!”

Książka zawiera w sobie wiele godnych naśladowania i pochylenia się nad nimi postaw, jak lojalność, przyjaźń, odwaga, hart ducha, umiejętność odróżniania dobra od zła, poświęcenie, samodoskonalenie, odpowiedzialność, kultura i wreszcie znaczenie prawdziwej rodziny. Choć bohaterowie czasem muszą zadziałać impulsywnie, to nie jest to podyktowane ich lekkomyślnością, lecz brakiem innego wyjścia na zasadzie jednego problemu na raz. Cieszę się, że ani razu nie ubolewałam nad postawą głównej bohaterki, jest dla mnie wiarygodna, nie unosi się, nie chowa urazy, jest zdecydowanie świetnie wykreowana.



Tom drugi nie kończy naszej historii, przeprowadza nas przez wspaniałe przygody, uczy naprawdę wartościowych rzeczy i godnych postaw, odkrywa kolejne wspaniałości, podsyca naszą ciekawość i wyobraźnię oraz obiecuje kolejne intrygujące wątki w następnej części. Ogromnie ubolewam, że nie mam możliwości sięgnięcia po kolejny tom, nie mam pojęcia, jak długo przyjdzie mi czekać, ale chyba wybiorę się na kolejną premierową imprezę organizowaną przez Media Rodzina. Naturalnie z parasolką.

Ocena 100/10

Za możliwość przeczytania i dołączenia do Towarzystwa Wunderowego dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina



Ula Wasilewska

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze: