"101 dalmatyńczyków"

Bardzo lubię bajki Disneya. Nie tylko dlatego, że pozwalają na chwilę wrócić do czasów mojego dzieciństwa, ale głównie dlatego, że historie te są tak inne od współczesnych bajek, w których prym wiedzie magia, różowe kucyki, kosmiczne pojazdy, których nazw nie umiem nawet wymówić. Disney, a właściwie jego bajki, kojarzy mi się niezmiennie z dobrem, ciepłem, pięknem. Nic więc dziwnego, że wydawnictwa wciąż promują disneyowskie bajki. Ostatnio miałam okazję przypomnieć sobie historię „101 dalmatyńczyków”, jednej z najciekawszych moim zdaniem.

Nie ma chyba osoby, która nie znałaby bajki o Pongu, Perditcie i ich dość pokaźnej gromadce szczeniaków porwanych przez okrutną i przerażającą Cruellę de Mon. Jeśli jednak miałabym wystosować kilka słów ułatwiających zrozumienie fabuły dla nieco mniej zorientowanego Czytelnika (choć wierzyć się nie chce, że tacy są!), powiedziałabym krótko: to historia o tym, jak wielka jest potęga miłości i przyjaźni. Banał jakich mało, z pewnością, jednak w tym przypadku doskonale oddaje ducha książki.

Należałoby zacząć od tego, że książka „101 dalmatyńczyków” to część serii „Disney. Najpiękniejsze filmy”. Jeśli więc ktoś widział pełnometrażowy film, z pewnością ilustracje nie będą mu obce. Te zawarte w książce są bowiem niczym kadry z filmu, a więc raczej niczym nowym nas nie zaskoczą. Z jednej strony to dobrze – dzięki temu daje się poczuć „ducha” klasyki, z drugiej jednak – przydałby się w nowym wydaniu jakiś powiew świeżości; coś, czego do tej pory nie mieliśmy okazji oglądać. Nie ma co jednak o nie kopii kruszyć, bowiem są ciekawe, kolorowe, a co najważniejsze – liczne. 
Pomińmy więc ten aspekt i udajmy się dalej… Do świata wspaniałych bohaterów, czyli piesków. 


Ciekawym posunięciem w tej książce jest narracja z punktu widzenia dalmatyńczyka. Pongo, bo to on snuje opowieść, w sposób zachęcający przedstawia kolejne wydarzenia, które – nawiasem mówiąc – pędzą niczym błyskawica. Narracja staje się jeszcze bardziej interesująca dzięki widocznej ekspresji wypowiedzi. Niejednokrotnie Pongo używa wykrzyknień, ale i wplata swoje dygresje, często nieoczekiwane i dowcipne (pamiętajmy, że nie jest człowiekiem, lecz psem!):

Muszę szczerze wyznać, że kawalerskie życie jest bardzo nudne.

Historia opowiedziana przez Pongo liczy ponad 70 stron. Dużo jak na książkę dla dzieci, prawda? Jeśli jednak kogoś przeraża ta liczba, uspokajam – stron rzeczywiście jest sporo, jednak ilość tekstu pozwala na dość szybkie, swobodne przerzucanie kartek. Dobrym pomysłem są tu dialogi, których nam się szczędzono. Głos zabierają nie tylko ludzie, ale – jak na disneyowską pozycję przystało – również zwierzęcy bohaterowie. 


Po lekturze tej książki moje dziecko rzekło w zadumie: „Cruella była zła, a pieski dobre”. Niby nic, a jednak w tych prostych dziecięcych słowach kryje się cały morał tej historii. Bajka uczy, że zwierzęta także mają duszę, myślą, kochają, cierpią, próbują bronić bliskich, podczas gdy świat pełen jest ludzi takich jak Kruella: brzydkich. I nie o brzydotę fizyczną bynajmniej tu chodzi, ale o tę wewnątrz. Kruella stała się uosobieniem najgorszych ludzkich cech: upodlenia, egoizmu, dążenia do celu po trupach. 


Niepozorna książka o dalmatyńczykach może się stać doskonałych punktem wyjścia do rozmów o współczesnym problemie znęcania się nad zwierzętami oraz chorych ambicjach ludzi, którzy nie dostrzegają w zwierzętach istot żyjących. W końcu wszystko to wydarzyło się dlatego, że Kruella miała fioła na punkcie naturalnych futer… Lecz gdyby ktoś nie miał ochoty zapędzać się w tak daleko idące wnioski, po prostu może spędzić kilka chwil z kultową bajką Disneya, jedną z najpiękniejszych i najoryginalniejszych, jaka powstała – nie tylko po to, by przypomnieć sobie czasy własnej młodości, ale także by zapoznać swoje dziecko z kultowymi, nieśmiertelnymi bajkami.


Ocena: 9/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Egmont
Izabela Jurkiewicz

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz