"Coś musi trwać " - Joanna Kruszewska

Okazuje się, że nie tylko życie lubi zaskakiwać. Powieści Joanny Kruszewskiej również mają tę cechę. Szczególnie trzecia część sagi o rodzinie Bialickich. Doświadczenie nauczyło mnie jak dotąd, że im dalej w części, tym stają się one mniej ciekawe i zgoła przewidywalne. Nie tym jednak razem. Mogę zatem z czystym sumieniem stwierdzić, iż "Coś musi trwać" jest wisienką na torcie. Jednocześnie odważnym i oryginalnym uwieńczeniem rodzinnej sagi.

Nie było to jednak aż tak oczywiste. Początek był trudny, może nawet nieco mdły. Nie bardzo wiedziałam, co jeszcze może się wydarzyć w tej rodzinie, by zaciekawić czytelnika i utrzymać jego uwagę. Niewiele akcji i zaskoczenia. Wydawało się, że iskierka sympatii, wzruszeń i ciekawości zaczęła przygasać. To tylko jednak wzmogło moje zaskoczenie, zwłaszcza kiedy zamykając powieść, zorientowałam się, że to z nią upłynął mi cały wieczór.
O co w tym chodzi? Zastanawiałam się w myślach. Nie bardzo nawet umiałam wyjaśnić fakt, że książka, która początkowo wydawała mi się zdecydowanie mniej zajmująca od jej poprzednich części, pociągnęła mnie w otchłań swojej treści z całą sobie znaną mocą. Na tyle, by zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości i poczuciu czasu.

Książka jak przekona się czytelnik, porusza wiele ważnych w życiu człowieka kwestii. Dotyczą one zarówno życia społecznego, rodzinnych relacji, jak i dylematów i nieporozumień między pokoleniami. Joanna Kruszewska nie po raz pierwszy też tworzy historie pobudzające do refleksji i zadawania sobie pytań o istotę naszych własnych relacji z bliskimi. Osobistych potrzeb i własnego "ja".

Bohaterowie, których wykreowała, są ucieleśnieniem wielu postaw i cech. Ich różnorodność sprawi, że każdy znajdzie wśród nich własny autorytet i postać, wobec której skieruje cieplejsze uczucia. Nie znaczy to, że nie ma w niej bohatera negatywnego. Nie jest on jednak zgoła zły do końca. Negatywne są zazwyczaj tylko niektóre ich zachowania, postawy i słowa, nierzadko mające swoje źródło w interakcjach. Prawdopodobnie, gdyby bardziej przeanalizować poszczególnych członków rodziny Bialickich – to każdy z nich mógłby stać się osobnym tematem wielu rozmów. Tym bardziej daje to do myślenia i stawiania pytań o granicę dobra i zła.

Odbiorca powieści znajdzie w niej też mnóstwo pięknych i mądrych słów, które z łatwością będzie mógł przyswoić jako porady życiowe – mądrości istnienia. To tym samym jeden z walorów twórczości autorki, której niezwykle plastyczny styl przypadła mi do gustu. Jej utwory mają dusze, realność i to coś, co sprawia, że stają się nam bliskie niczym siostrzane uczucie.

Daleko za to utworowi do sielankowych, przesłodzonych opowiastek, do romantycznych uniesień i wyznać zgoła tkliwych jak przystało na kochanków. To historia w pełni realna, rzeczywista do bólu, bez fałszywych emocji i sztuczności. Autorka nie słodzi czytelnikowi. Nie daje mu fałszywych nadziei. Nie kreuje życia w bajce ze szczęśliwym zakończeniem – bo takiego nie ma. Ale są marzenia, jest nadzieja, jest odwaga i szczerość. Jest rodzina i miłość. Są więzi i wybaczenie. Przyszłość, na którą wpływ mamy sami. Jak w prawdziwym życiu, które budujemy krok po kroku.

"Różne rzeczy przemijają, wydaje się, że nic nie trwa wiecznie. Coś się kończy, coś zaczyna, coś jednak w naszym życiu musi trwać. Musi być stałym punktem odniesienia. Na czym go budować jak nie na zrozumieniu i uczuciu najsilniejszym z możliwych?"
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Replika
Ocena 8/10
Edyta Sztylc




    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz