Sławek Michorzewski - "Miliarder"

Mieliście już szansę poznać twórczość Sławka Michorzewskiego? Jeśli nie, to koniecznie zapamiętajcie to nazwisko! Kilka miesięcy temu miałam przyjemność przeczytać książkę autora „Urzędnik”, która okazała się petardą, a ja pokładałam się ze śmiechu. Nie było innego wyjścia, gdy dowiedziałam się, że wyjdzie „Miliarder”, musiałam ją koniecznie przeczytać. Czy było warto?

Maciej Kupczyk to bohater, jakiego jeszcze nigdy nie było. Ten prosty chłopak, marzący o karierze lekarza, zamiast spełniać się zawodowo — pracuje w bydgoskiej firmie jako księgowy. Każda poranna pobudka, gdy trzeba iść do pracy, jest ogromną tragedią, a w jego mieszkaniu da się słyszeć tylko jedno słowo, będące najpopularniejszym polskim przekleństwem. Maciej ma pecha i to ogromnego. Jest życiową fajtłapą i nieudacznikiem. W pracy wszyscy tylko robią sobie z niego żarty i nikt go nie lubi. Choć chłopak się bardzo stara, wszystko wychodzi jeszcze gorzej i zawsze kończy się tak samo – katastrofą. Maciej nie ma szczęścia także w miłości, choć jest bardzo przystojny, kobiety tylko odstrasza. Zamiast cieszyć się szczęściem – łyka tabletki i zapija je alkoholem.

Choć jest pierdołą, nie można odmówić mu sprytu! A kombinować nasz Maciej potrafi! Wkrótce nadarzy się okazja, by raz na zawsze odmienić swój los i przestać być ostatnią ofiarą losu. Trafia na historię mężczyzny, który podaje się za wnuka zmarłego bogacza i wyłudza pieniądze. Skoro jednej osobie się to już udało – dlaczego nie miałoby się udać i naszemu Maciejowi? Chłopak znajduje stojącego już nad grobem bezdzietnego miliardera mieszkającego w Szwecji i układa plan przejęcia majątku. Czy mu się to uda?

Co może się wydarzyć, gdy bohaterem książki będzie ofiara losu? Jeśli chodzi o „Miliardera”, to otrzymamy trzymającą w napięciu i bardzo dobrą komedię kryminalną. Ponownie to, co wydarzyło się w książce, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Choć trzeba przyznać, że poczynania Macieja wzbudzały we mnie najpierw uśmiech pod nosem później już gromki śmiech, to w pewnym momencie było mi szkoda tego bohatera. Nikt przecież nie lubi być wytykany palcami, być pośmiewiskiem w pracy. Każdy z nas będzie miał w końcu dość. Maciej także już nie wytrzymuje i postanawia pokazać wszystkim, że taką pierdołą to on nie jest.

Znając już trochę styl i poczucie humoru autora, spodziewałam się przede wszystkim dobrej zabawy podczas tej lektury. Nie przewidziałam tylko jednego, że dostanę tutaj jazdę niczym górskim rollercoasterem z tak licznymi zwrotami akcji, że bardzo ciężko było odłożyć książkę, choć na krótką chwilę. Nie ma tutaj mowy o nudzie, co tutaj się będzie działo! Tylko na początku miałam mały problem z zapamiętaniem postaci drugo i trzecioplanowych, ale na szczęście w miarę czytania się to zmieniło. Choć fabuła może wydawać się zagmatwana (w przeciwieństwie do „Urzędnika”) to zdecydowanie warto przeczytać książkę!

Akcja nie będzie działa się tylko w Bydgoszczy, ale przeniesiemy się do Szwecji, Francji, a także i do Rosji! Nasz bohater nieumyślnie zostanie wplątany w intrygę szpiegowską. On sam jeden będzie się musiał zmierzyć z prężnie działającymi szpiegami z Mosadu, GRU, Deuxième Bureau i BND. Czy nasza ofiara losu pokrzyżuje im szyki? Prawdziwą wisienką na torcie jest zakończenie – bardzo zaskakujące!

Sławek Michorzewski po raz kolejny udowodnił, że jego książki są idealnym lekarstwem na gorszy dzień. „Miliarder” może i nie spodoba się wszystkim, bo jest tam bardzo specyficzne poczucie humoru, jest też trochę pieprznie i odważnie, to jednak warto samemu się przekonać, czy książka się spodoba.

Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Booksenso



dorotbook
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz