"Wymazać siebie" — Garrard Conley


Decyzję o przeczytaniu książki, o której będę dzisiaj pisać, podjęłam dość spontanicznie. Aczkolwiek „spontanicznie” w niektórych przypadkach znaczeniowo pokrywa się ze słowem „lekkomyślnie” i jestem pewna, że drugie określenie zdecydowanie pasuje do opisywanej przeze mnie sytuacji, w której dokonując wyboru, oceniałam książkę po okładce, zerkając tylko przy tym na tył powieści, gdzie znajduje się opis i krótkie streszczenie fabuły. Zdumiewające jest to, że właśnie ta część dzieła, którą wydaje mi się, że kochamy najbardziej – chociaż jestem skłonna powiedzieć, że może plasuje się na drugim miejscu – nie jest formą odkrywczą. Okładka nie zawiera w sobie niczego fascynującego, co przykułoby uwagę naszych oczu. Jednakże mimo powyższych powodów książka mnie zaciekawiła ze względu na swój dość chwytliwy i kryjący wiele możliwości tytuł, a także fabułę opierającą się na eksperymentalnej terapii homoseksualistów. Dzisiejszy wywód będzie dotyczył powieści, która może mną nie wstrząsnęła, ale jest o niej stanowczo za cicho w internetowych odmętach książkowego świata.


„Wymazać siebie” to historia chłopaka, z pozoru szczęśliwego, mającego kochającą dziewczynę, która jest w stanie zrobić dla niego wszystko, skrywającego jedną wielką tajemnicę zżerającą go od środka, wyjadającą jego resztki wiary, która jest jednym z fundamentów trzymających w całości trzyosobową rodzinę Garrada. W świecie, w którym pielęgnowanie tradycji jest jedną z najważniejszych cech życia, nie ma miejsca na homoseksualizm ani na wolność poglądów, których następstwem jest odłączenie się od określonej społeczności. A tego dana grupa baptystów by nie zniosła. 
W pewnym momencie, gdy za przyczyną nieszczęśliwych zdarzeń informacja o odmiennej orientacji Garrada dociera do rodziców, postanawiają wysłać do na terapię. Zszokowani i przerażeni są przekonani, że jest to jedyny sposób na zwrócenie im ich normalnego dziecka. Nie mają bladego pojęcia, że sposób, w jaki organizacja leczy swoich pacjentów niesamowicie kłóci się ze znaczeniem słowa „terapia".

Historia przedstawiona w powieści jest nieoficjalnie podzielona na wydarzenia teraźniejsze i wspomnienia. Rozdziały dotyczące różnych przedziałów czasowych nie są w żaden sposób zaznaczone, jeśli nie liczyć tytułów, które nie sprawiały, że potrafiłam lepiej odnaleźć się w trudnej tematyce, jaką zaprezentował nam autor. Zdecydowanie lepszą wersją byłoby oparcie akcji tylko i wyłącznie na teraźniejszości, która bądź co bądź wydała mi się o wiele ciekawsza, a wspomniane przeze mnie wcześniej wspomnienia pełniły charakter, który od początku był im przeznaczony. Wydaje mi się, że z powodzeniem mogłyby być one wplatane pomiędzy ważniejsze zdarzenia, będące  pośrednio lub bezpośrednio powiązane z daną sytuacją. Ten zabieg zaoszczędziłby zbędnego chaosu.

Garrard Conley w dość uniwersalny sposób podjął się głównego tematu książki, a jednocześnie podszedł do niego z pewną dozą delikatności, nie bojąc się pisać o pewnych tematach, które w społeczeństwie są często postrzegane jako tematy tabu. Powieść przepełniona jest walką, ale walką z samym sobą, poszukiwaniem siebie, zrozumieniem własnej osoby, a przede wszystkim jej zaakceptowaniem. Autor zwraca także uwagę na szkodliwość istnienia takich organizacji jak chociażby LIA, która lecząc człowieka, wpędza go w następną chorobę, nie pozbywając się tej pierwszej.

Takiej lektury potrzebowałam. Takiej która skłoni mnie do przemyśleń, rozważań, z których będę mogła wyciągnąć lepsze i gorsze wnioski. Aczkolwiek niewiele da się o niej powiedzieć. To powieść, która jest wartościowa i którą trzeba koniecznie przeczytać, aby później wyrobić sobie swoje własne zdanie.
Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Poradnia K.

Klaudia Korytkowska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz