"Zbuntowany dziedzic" - Vi Keeland, Penelope Ward

Penelope Ward i Vi Keeland to niesamowicie gorące nazwiska w świecie romansu, każda miłośniczka tego gatunku je zna, w tym naturalnie ja! Vi Keeland pisze bardzo lekko, przyjemnie, ciekawie, ale nie każda jej książka przypadła mi do gustu. Z kolei Penelope Ward to dla mnie pisarka-artystka! Jej książki są u mnie na liście must read, muszę mieć i muszę przeczytać. Jeszcze nigdy Ward mnie nie zawiodła i głęboko wierzę, że to nigdy nie nastąpi. Zbuntowany dziedzic nie zachwycił mnie ani okładką, ani tytułem, miałam spore obawy, że pod niezbyt oryginalną okładką będzie tak samo mało oryginalna powieść...

Książka liczy nieco ponad 260 stron i wiecie co? O co najmniej 260 stron za mało!!! Rany, co ta historia ze mną zrobiła! Nie jestem w stanie opisać wszystkich moich uczuć i emocji! Pokochałam bohaterów od pierwszej strony.

Gia jest w trakcie pisania książki, akcja rozgrywa się w Hampton i tam też udała się na wakacje, by móc w spokoju stworzyć idealną powieść. Gia wynajmuje razem z przyjaciółką i innymi współlokatorami dom, na który wydała całą zaliczkę wypłaconą jej przez wydawnictwo. Niestety pisanie nie idzie tak łatwo i idealnie, jak miało iść, kobieta boi się, że nie będzie w stanie ukończyć swojej historii i dosłownie wszystko posypie jej się na głowę...
Któregoś wieczoru daje się namówić na zastąpienie przyjaciółki w pracy za barem, o czym nie ma kompletnego pojęcia. Mieszanie drinków zdecydowanie nie jest dobrą stroną naszej bohaterki, co nie umyka uwadze klientów, jej zmiana okazuje się znacznie krótsza, niż w rzeczywistości miała być, gdy przy jej barze siada nikt inny, jak surowy, wymagający i zwyczajnie wredny szef.

Gia jest bohaterką idealną, najpierw mówi, później myśli, nie analizuje, daje się porwać chwili i w większości wie, czego chce. Aż chce się czytać! Z kolei Rush, bogaty dziedzic jest typem, przed którym ojcowie ostrzegają swoje córki. Nie angażuje się, nie chce związków, a powód, uważam, ma dość uzasadniony i naprawdę wzruszający! Dopóki Gia nie pojawiła się za jego barem, nigdy żadna kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Dogryzają sobie, droczą się, wzajemnie dręczą, po prostu ogień!

Niewyobrażalne napięcie, zero nudy, a zakończenie... Cóż, zakończenie zabija...
Gia nigdy nie była kobietą, która szukała przelotnych romansów, wierzy w miłość, wierzy w szczęście, mimo że sama w dzieciństwie mogła liczyć wyłącznie na ojca. Każdy jednak potrzebuje czasem odrobiny szaleństwa, a dla każdego to słowo ma inne znaczenie... Rush nie może wiele obiecać, nie obiecuje więc nic, on także ma za sobą niezbyt łatwe dzieciństwo, co wpływa na podejmowane przez niego decyzje. Najbardziej lubię go natomiast za to, że nie jest impulsywny i nie boi się ryzykować. Wkrótce mężczyzna weźmie na swoje barki znacznie więcej, niż sądziłby, że jest w stanie unieść...

Przeczytałam tę książkę błyskawicznie, z wypiekami na twarzy i drżącym sercem. Cała gama emocji, nie ma grama nudy! Autorki nieźle poturbowały i bohaterów i czytelników, ale wierzcie mi, najtrudniejsze jest zakończenie! Serce czytelnika zostaje zwyczajnie zdeptane! Najgorszy jest fakt, że druga część ma premierę dopiero w lipcu, a ja nie mam pojęcia, jakim cudem wytrzymam tak długo... No i boję się niesamowicie, co tam napsociły dla nas Keeland i Ward... Uwielbiam tę historię, całym sercem pokochałam bohaterów i niesamowicie żałuję, że nie mogę Wam powiedzieć nic więcej, a uwierzcie mi, w życiu nie jesteście w stanie przewidzieć, co spotka Rusha i Gię!
Polecam, polecam, polecam!!!

Ocena: 10/10

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Editio


Julia Komorska

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze: