"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" – Stuart Turton


Nigdy jakoś specjalne nie zaczytywałam się w kryminałach czy horrorach. Tych drugich się zwyczajnie bałam, a zagadki kryminalne w tamtym czasie po prostu mnie nie interesowały. „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” zainteresowało mnie przede wszystkim, dlatego że w książkowym świecie dosłownie huczało od pozytywnych recenzji czy wzmianek o właśnie tej powieści Stuarta Turtona. Od samego początku wydała mi się intrygująca – wystarczy przeczytać sam opis, aby zrozumieć, że ma się do czynienia z czymś innym, co jeszcze nie miało dotychczas swojego debiutu na rynku wydawniczym. Podobno brytyjski autor jest godnym następcą Agaty Christe, jeśli chodzi o tajniki kryminału. Czy tak jest w istocie? Gusta są różne, a że ja z legendą tak naprawdę kryminału nie miałam w ogóle styczności, nie zamierzam się na ten temat wypowiadać. Może nie do końca, ponieważ wręcz muszę wspomnieć, że „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” jest powieścią, która zdecydowanie zasługuje na wszystkie „ochy” i „achy”, a może nawet na coś więcej.

Istnieje prawdopodobieństwo, że opis może przypominać pewien film, w którym bohaterka codziennie umierała, dopóki nie odnalazła, nie dowiedziała się, kto był jej zabójcą. Nie oglądałam tamtego filmu i nie mogę powiedzieć, w jakim stopniu jest on podobny do powieści S. Turtona, ale obejrzawszy sam zwiastun, widzę pewne podobieństwa, które mogą wskazywać, że książka wydana w tym roku jest po prostu jedną wielką kopią produkcji filmowej. Jednak przeczytawszy thriller, ta teza kompletnie nie ma sensu, nie ma podstaw, ponieważ „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” jest czymś więcej niż opowieścią o zabójstwie jednej kobiety z jakimś wątkiem paranormalnym – na co wskazuje opis. Jest to cholernie inteligentna powieść, która od samego początku utrzymuje nastrój tajemnicy, grozy, nie nudząc przy tym wcale. Po prostu genialna.

Jedną z wielu rzeczy, które w niej uwielbiam, jest to, jak autor podchodzi do wybranego przez niego tematu. Nieszablonowo, nie istnieją według niego żadne tematy tabu. Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo pisarz się napracował, tworząc tę książkę. Wszystko jest znakomicie przemyślane, oryginalne, w żaden sposób nieschematycznie – szczególnie fabuła, jej nieprzewidywalność. Ta książka sprawiła, że po raz pierwszy od długiego czasu stałam się posiadaczką tzw. kaca książkowego, który trwał niesamowicie długo.

Już dawno nie spotkałam się z kryminałem, który by mnie zaskakiwał. W tym przypadku w kategorii serialów łatwiej znaleźć zwycięzcę, ale jeśli chodzi o książki, musiałabym się naprawdę długo zastanawiać, aby z pamięci przywołać jakąkolwiek powieść, która chociaż częściowo spełniałaby moje kryteria. Z „Siedmioma śmierciami Evelyn Hardcastle” było inaczej. Książka była nieprzewidywalna pod każdym względem – czy to bohaterów, czy fabuły, jednocześnie nie tracąc przy tym swojego uporządkowania, które zdecydowanie sprawia, że jest pozycją wyróżniającą się na tle innych. Można by się spodziewać, że powieść będzie się cechowała jednym wielkim chaosem, którego nie sposób znieść. Nic bardziej mylnego.

Jeśli o mnie chodzi, uważam tę książkę za jedną z najlepszych wydanych w tym roku. Dosłownie zmiażdżyła mój mózg, sprawiła, że myślami przeniosłam się do innego świata, by po przeczytaniu pięciuset stron gwałtownie mnie z niego wyrwać. Nadal jestem nią zachwycona i pewnie jeszcze długo będę. Polecam ją naprawdę każdemu, nawet osobie, która na co dzień nie przepada za tego typu powieściami!

Ocena: 10/10


Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Albatros!


Klaudia Korytkowska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. Skoro takie wrażenie zrobiła, to ja chętnie przeczytam! Zwłaszcza, że ostatnio ciągnie mnie do tej strefy gatunkowej :D Horrory, kryminały, thrillery... 💜

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem w trakcie lektury i już teraz niesamowicie mi się podoba! :D

    OdpowiedzUsuń