"RAW" - Belle Aurora



Czy ja pisałam, że Wydawnictwo Niezwykłe wydaje w większości niezwykłe książki? Tak?! To zdania nie zmieniam, pomimo tego, że ta pozycja stanowi wyjątek. A mówi się, że wyjątek potwierdza regułę. Ale do rzeczy!

Alexa Ballentine, mając sześć lat, pomogła ośmioletniemu chłopcu, którego ojciec pobił i poważnie ranił. Od tego czasu w życiu dziewczyny wiele się zadziało. Niewielką część życia spędziła na ulicy, jako bezdomna. Została jedną z niewielu osób, którym udało się stamtąd wyrwać. Skończyła studia i dzisiaj sama zajmuje się dzieciakami, których życie nie oszczędziło. Jednak od jakiegoś czasu zauważyła, że jest obserwowana przez tajemniczego mężczyznę w kapturze. Powinna czuć niepokój, a jednak jego obecność daje jej złudne poczucie bezpieczeństwa. Pewnego wieczoru zostaje napadnięta i omal zgwałcona. Przed tragedią ratują ją jej stalker. Tak poznaje swoją obserwatora i tak wpada w pułapkę, którą zastawił on na nią. 

Belle Aurora przyzwyczaiła nas do słodkich romansów. Po cyklu Friend-Zone (, który ociekał słodkimi babeczkami już na okładkach), autorka zaserwowała czytelniczkom historię znacznie mroczniejszą, brutalniejszą, ze świata mafii, narkotyków i zabójstw. I wszystko byłoby w porządku. Wszak styl Belle sprawia, że czytelnik płynie przez jej powieści, że odczuwa na własnej skórze atmosferę historii. I w tej książce tego doświadczyłam. Styl bez zarzutów i atmosfera oddana. Niestety na tym się kończą wspaniałości tej historii.  

Początkowe strony były bardzo obiecujące. zaczynałam lubić zarówno Lexę, jak i jej stalkera. A wszystko to do pierwszych scen seksu. Były obrzydliwe, wstrętne i jak dla mnie nie do przyjęcia. Zaczynam się zastanawiać, czy po "50 twarzach Greya", autorki z różnych państw rozpoczęły niepisaną konkurencję, która bardziej upodli kobietę w scenach erotycznych? Bohaterka tej powieści błagała o seks, w którym ona nie była partnerką. Była tą co oddaje swoje ciało panu mającemu ją w całkowitym władaniu. Panience robiło się mokro na wspomnienie pewnego paska i kolczyka, połyskującego w tajemniczym miejscu u kochanka ( chociaż kochanek to bardziej partner, powinnam napisać oprawcy na życzenie). A ręce opadły mi w momencie, gdy bohaterka prosiła o możliwość odegrania sceny gwałtu. 

Kiedyś byłam zdania, że sztuka jest dobra, gdy wywołuje w odbiorcy jakieś uczucia, nawet jeśli nie są one najmilsze. Jednak po tej książce musiałam się nad tym głęboko zastanowić, czy to, że odczuwałam wstręt i obrzydzenie ( pomimo tego, że niejeden erotyk już przeczytałam w swoim życiu, wliczając w to trylogię Greya - na szczęście przed "365 dni" uchroniły mnie recenzję Natalii), to tę pozycję mam nazwać sztuką. Takiego poniżenia kobiety ze strony kobiety w literaturze nie doświadczyłam. Brutalny seks jeszcze jestem w stanie pojąć, że ktoś uwielbia. Ale, że poniżający seks miałby być najlepszy na świecie? Tego nie potrafię ( i nawet nie chce) zrozumieć. Boję się, że ktoś w końcu napiszę książkę o gwałcie, po który kobiety stoją, jak w kolejce po chleb. A jakiś psychopata przeczyta...

Wiem, że książka znajdzie swoich czytelników. Ja jednak nie mogę jej polecić. Szczególnie osoby młode powinne sobie ją odpuścić. Niech wiedzą, że seks to przede wszystkim akt wspólnego oddania i wyraz miłości. I napiszę dosadnie- gówno mnie obchodzi, że ktoś pomyśli, że jestem staroświecka mając zdanie, że seks powinien być wyrazem uwielbienia dla drugiej osoby, a nie chęcią jej upodlenia.

Sylwia Szczepańska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze: