"Toxyczne dziewczyny" - Rory Power


Książka ta naprawdę mnie zaintrygowała i to nie tylko przez swoją okładkę, ale też opis. Przeczytałam go dwa razy i pomyślałam, że w końcu coś nowego! Miałam tylko nadzieję, że autorka wykorzysta potencjał swojego pomysłu i mnie nie zawiedzie, bo w końcu nie tylko sama idea jest ważna, trzeba umieć ją sprzedać. Wiedziałam jednak, że chcę dać szansę tej powieści, chociaż nie do końca przepadam za tego typu klimatami, ale nie lubię się ograniczać i starał się pokonywać swoją niechęć do niektórych gatunków. 


Szkoła dla dziewcząt, która znajduje się na wyspie, została oddzielona od reszty społeczeństwa i poddana kwarantannie. Od osiemnastu miesięcy panuje na niej choroba nazywana przez wszystkich ,,Tox". Życie Hetty oraz jej przyjaciółek zostanie całkowicie odmienione, ponieważ nie mogą kontaktować się z resztą świata, muszą polegać tylko na sobie i wszystkie zagrożenia eliminować samodzielnie. Tox jest chorobą, która atakowała powoli, najpierw umierali nauczyciele, ale później zaatakowała uczennice. Ciało każdej zostało opanowane przez ten straszny wirus i żadna nie jest w stanie go wyleczyć, pozostaje tylko czekać, że ktoś znajdzie lekarstwo i mieć nadzieję, że stanie się to zanim wszyscy zginą. Pewnego dnia znika przyjaciółka Hetty i dziewczyna postanawia zrobić wszystko, aby ją znaleźć, nawet jeśli będzie musiała złamać zasady i narazić się na niebezpieczeństwo. Czy uda się jej odszukać i uratować Byatt? 



Już praktycznie po kilku pierwszych przeczytanych stronach można zauważyć, że okładka tej książki nie jest przypadkowa i właściwie każdy jej element ma jakieś znaczenie symboliczne, odnoszące się do treści. To z pewnością jest fajnie, bo widać, że ktoś się napracował i wziął pod uwagę sporo aspektów. Jednocześnie przyciąga ona wzrok i jest zachęcająca, a przynajmniej na mnie podziałała bardzo mocno. 




Muszę przyznać, że nie spodziewałam się... czegoś takiego. Autorka już na początku zaczyna opisywać stan fizyczny niektórych dziewczyn i w ten sposób charakteryzuje, jak właściwie objawia się wymyślony przez nią Tox. Opisy te są naprawdę obrzydliwe i to nie jest wada, a jedynie zaznaczenie, iż książka ta nie jest dla ludzi o słabych nerwach. Poza tym, moja wyobraźnia działa naprawdę dobrze i zaczęłam sobie to wszystko wyobrażać, co raczej jeszcze bardziej sprawiało, że miałam gęsią skórkę. Gratuluję autorce talentu do naturalistycznych opisów, ale też wyobraźni, bo jednak samodzielnie stworzyła świat, który jest odizolowany od normalności i zmaga się z okropną epidemia. Wiecie... To nawet jest trochę oparte na faktach, bo ile razy na świecie pojawiały się choroby, które codziennie pochłaniały tysiące ludzi? To miało miejsce wiele razy, epidemie te roznosiły się, szukano na nie lekarstw i tak dalej. Tutaj autorka być może czerpała inspirację z rzeczywistości, ale Tox nie jest podobny do dżumy, hiszpanki czy eboli. 



Początkowo mój zachwyt był wielki, bo byłam pod wrażeniem tych wszystkich opisów, które mroziły krew w żyłach i naprawdę to przeżywałam. Później jednak przyzwyczaiłam się do tej tematyki i zaakceptowałam wizję autorki, co spowodowało, że dostrzegłam jedną rzecz. Brakowało akcji, książka ta była po prostu nudna, mało dynamiczna i nie zaskakiwała szczególnie, poza jednym zwrotem akcji pod koniec. Pojawiało się jeszcze więcej opisów obrazujących stan innych dziewczyn, autorka wprowadziła trochę informacji na temat wypraw po zaopatrzenie i również poświęciła miejsce na opisy psychiki chorych. Ciągle czegoś mi brakowało. Nie było w tej powieści niczego zaskakującego, a liczyłam na jakąś ciekawą walkę, próby wyleczenia się i tak dalej.



Nie lubię narzekać, ale jednak miałam spore oczekiwania wobec tej książki i niestety rozczarowałam się. Na plus mogę jednak zaliczyć pomysł oraz bardzo fajny styl pisania, bo to sprawiło, że dotrwałam do końca, chociaż męczyłam się zbyt długo, jak na tak krótką powieść. Rozczarował mnie również wątek Byatt, czyli dziewczyny, która zaginęła. Autorka zastosowała narrację pierwszoosobową i głównie to Hetty opowiadała o wydarzeniach, ale kilka rozdziałów należało właśnie do naszej nieobecnej na wyspie. Wydaje mi się, że potencjał tego wątku nie został wykorzystany, bo autorka trochę pisze o tym, co się działo z nią w miejscu, do którego trafiła, ale głównie skupia się na innych przemyśleniach i emocjach, kompletnie zapominając, że w całej książce brakuje akcji i można by było coś z tym zrobić, aby trochę wstrząsnąć czytelnikiem.



,,Toxyczne dziewczyny" to książka, której opis naprawdę zapowiadał obiecującą lekturę, a dodatkowo jej okładka wręcz przyciągała. Uważam, że autorka świetnie wymyśliła sobie to, jak Tox zmienia osoby, które zaatakował, ale zapomniała o czymś ważnym... Brakowało akcji, czegoś mocnego i charakteryzującego. Powieść ta zaczęła się i skończyła, a ja dalej czekałam na fajerwerki i zastanawiałam się, co poszło nie tak. Mimo wszystko zachęcam wszystkich do przeczytania, bo Wy być może inaczej ja odbierzecie, jeśli jesteście miłośnikami takich klimatów. Nie mogę powiedzieć, że jest to całkiem nieudana powieść, ponieważ pomysł jest fajny, autorka bardzo przyjemnie pisze, więc czyta się szybko. Mi jednak zabrakło akcji. 




Ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe 


Patrycja Bomba 



    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. Nie czytałam, jestem ciekawa czy by mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i taka recenzja pasuje mi. Od dawna wpadam na te okładkę, która budzi we mnie dwojakie odczucia... Wiem już, nie będę ganiać za tą powieścią. Nie dla mnie. Jest tyle innych, które chciałabym przeczytać. Dzięki za rozwianie moich wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń