"O północy w Czarnobylu" - Adam Higginbotham

Źródło
       O godzinie 1:24 w dniu 26 kwietnia 1986 roku doszło do największej i najpotężniejszej katastrofy nuklearnej w dziejach świata. Czarnobyl i Prypeć były spokojnymi miastami Ukraińskiej Republiki Socjalistycznej. Ta druga miejscowość, zwana potocznie atomgradem, została wybudowana specjalnie dla ludności, która docelowo miała pracować w nowopowstałej Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Odległe o około trzynaście kilometrów miasto było stworzone w sposób nowoczesny i przyjazny dla ludu pracującego. Nikt nigdy nie przypuszczał, że tamtej ciepłej, kwietniowej nocy o Prypeci i czarnobylskiej elektrowni usłyszy cały świat. Adam Higginbotham w swojej książce „O północy w Czarnobylu” nie tylko dokładnie opisał, minuta po minucie, dzień po dniu, przebieg katastrofy, ale także ubrał ją w pierwiastek ludzki. 
          O Czarnobylu wie prawie każdy z nas. Wielu pamięta, jak wiosną 1986 roku kazano pić płyn Lugola, czyli wodny roztwór czystego jodu w jodku potasu albo łykać nieprzyjemne w smaku tabletki. Obawiano się o swoje zdrowie (i słusznie!). Nim jednak Świat dowiedział się, co tak naprawdę się wydarzyło, minęło wiele dni, które zaważyły na życiu i zdrowiu tysięcy ludzi. 
"Całość została ulokowana w betonowej studni o wysokości ośmiu pięter i przykryta płytą stalowej konstrukcji, wypełnionej zbrojonym żelbetonem z serpentynitu odbijającego neutrony."
    W dniu 25 kwietnia w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej miał rozpocząć się test bezpieczeństwa, polegający na wykorzystaniu rozpędzonych turbin do podtrzymania chłodzenia reaktora, nim docelowo uruchomią się do tego silniki diesla. W tym celu należało obniżyć moc reaktora, przeprowadzić test, sprawdzić stabilizację i powrócić do odpowiedniej mocy. Ale nikt nie przewidział, że kontrola ta zostanie przełożona o 10 godzin. Nikt nie domyślił się nawet, że katastrofa już się rozpoczęła, na długo przed wybuchem i stało się to za sprawą czynnika ludzkiego. Kiedy wznowiono test w nocy, zmiana, która rozpoczęła swoją pracę była kompletnie nieprzygotowana do przeprowadzenia odpowiednich czynności. Działali na oślep, przytłoczeni przez zastępcę głównego inżyniera do spraw bloków – Anatolija Diatłowa. Pomimo wątpliwości rozpoczęli test bezpieczeństwa. Doprowadzony na skraj niestabilności reaktor bloku czwartego zrobił to, do czego reaktor typu RBMK nie został stworzony – wybuchł. Rozpoczęła się walka o życia dziesiątek, ba! Milionów ludzkich istnień!
"Na wargach, nogach i torsach, w miejscach, które zostały poparzone cząstkami beta, pojawiły się bolesne wrzody. [...] Mężczyźni utracili włosy na całym ciele, a ich skóra najpierw stała się czerwona, potem fioletowa, a ostatecznie brązowoczarna. Pociemniawszy, zaczęła odchodzić."
Żródło
        O katastrofie w Czarnobylu mogłabym pisać strona po stronie, powołując się na przeczytane książki, obejrzane filmy i zdjęcia. Mogłabym poszerzyć recenzję o historie opisywane przez moją rodzinę, ale uważam, że żeby zaznajomić się dokładnie z tamtymi wydarzeniami, wystarczy „O północy w Czarnobylu”. Na końcu powieści znajduje się bowiem bibliografia, licząca około dwudziestu stron. Sam autor przyznaje też, że nad tym reportażem spędził około dziesięciu lat. Wcale mnie to nie dziwi, gdyż powoływał się nie jednokrotnie na dokumenty, określane w Rosji jako tajne. Rozmawiał z tymi, którzy przeżyli tamte chwile. Nie sposób odmówić mu rzetelności. 
Basen dla mieszkańców Prypeci. Zdjęcie własne. 
Lalka z założoną dziecięcą maską przeciwgazową. 
Zdjęcie własne.
          Pan Higginbotham ponad to posługuje się bardzo przyjemnym i stosunkowo prostym językiem. Dzięki temu można bez problemu zrozumieć opisy nie tylko zjawisk fizycznych, reakcji chemicznych, a także kontekstu społecznego, politycznego i, o czym często się zapomina w kontekście awarii czarnobylskiej, pierwiastka czysto ludzkiego. Czytając śledzimy losy poszczególnych uczestników rozgrywającego się dramatu. Poznajemy ich lęki, nadzieje, motywację w działaniu. Dostrzegamy ich poświęcenie. Związek Radziecki, a potem Rosja, nigdy nie zweryfikowały i nie podały prawdziwej, ani nawet przybliżonej liczby poszkodowanych w wyniku, jak się okazuje nie tylko nieudanego eksperymentu, ale celowo zatuszowanej wady konstrukcyjnej reaktorów typu RBMK, których na swoim terenie mieli wiele. Co bardzo mi się podobało, Higginbotham opisuje, ale nie osądza. Jest narratorem wydarzeń, a nie ich sędzią. 
"Całym budynkiem wstrząsnęła katastrofalna eksplozja rozdzierająca reaktor numer 4, równoważna z detonacją sześćdziesięciu ton dynamitu."
      Książkę polecam wszystkim osobom, które chcą poznać prawdziwą historię Czarnobyla. Liczę też trochę, że książka wypromuje się na fali zainteresowania, jakie wzbudził serial produkcji HBO „Czarnobyl”, który też z resztą polecam. Reportaż jest rzetelny, przyjemny w czytaniu (chociaż temat taki do końca przyjemny nie jest), a także w znaczący sposób oddaje realia tamtego okresu. Jeśli chcecie zapoznać się z tymi wydarzeniami, sięgnijcie po „O północy w Czarnobylu”. 

Ocena 10/10
Anna Bąk
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz