"Zimowe nawiedzenie" - Dan Simmons

Dan Simmons jest niezwykle cenionym pisarzem, dowiedziałam się tego dopiero, gdy wpisałam jego nazwisko w przeglądarkę. Rzadko sięgam po fantastykę, czy horror, a combo nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy. Nie lubię wychodzić ze strefy swojego komfortu, a te właśnie gatunki są zdecydowanie poza moją strefą. Czasem coś w mojej głowie się obraca i przychodzą mi wtedy na myśl dziwne pomysły, takie jak na przykład zamówienie książki, przez którą, albo nie mogę zasnąć, albo w trakcie porannej drogi do pracy, nieustannie spoglądam, czy ktoś mnie czasem nie obserwuje... Jeżeli zastanawiacie się teraz, czy jestem normalna, to uprzedzę Was - nie, nie jestem. Już dawno to stwierdziłam i zaakceptowałam. Podobno samoakceptacja to klucz do szczęśliwego życia! W sekrecie Wam powiem, że jesienią ta samoakceptacja nie ma znacznego wpływu na moje postrzeganie świata, jest tak samo ponuro i depresyjnie!

Zimowe nawiedzenie nie jest lekką opowiastką, którą poczytacie przed snem. Przede wszystkim nie nadaję się na czytanie do poduszki, zdecydowanie nie! Poza tym, jeśli z założenia czytacie kilka stron i odkładacie książkę na następny dzień, to też się nie sprawdzi - nie odłożycie jej. Porównałabym tę powieść do jedzenia chipsów, jecie, wiecie, że to niezdrowe, tuczące i powinniście już przestać, ale ręka mimowolnie sięga do miski i chwyta kolejny chips...

Muszę wspomnieć, że książka ta jest kontynuacją powieści "Letnia noc". Akcja została ponownie osadzona w Elm Haven, a można powiedzieć, że jej głównym bohaterem jest Dale Stewart - ponownie. Jak zauważyliście, na początku przyznałam, że to moja pierwsza książka tego autora, więc spieszę Was uspokoić, że jeśli nie znacie Letniej nocy, to nic straconego. Też jej nie znałam, nie przeszkodziło mi to jednak w żaden sposób. Bez obaw można przeczytać tę historię bez znajomości poprzedniej.

Dale Stewart jest wykładowcą i powieściopisarzem, któremu nie wyszło w życiu - najprościej ujmując... Jego małżeństwo i kariera legły w gruzach, a on coraz bardziej zbliża się do zakończenia tej farsy, jaką jest jego żywot. Stewart poszukując jakieś ulgi, otuchy, wyciszenia, powraca do miasteczka, w którym się wychował. W Elm Haven niegdyś mieszkał też jego przyjaciel, zajmował on przepiękną posiadłość, którą opuścił w bardzo młodym wieku, poniósł śmierć w wypadku, który być może wcale wypadkiem nie był? Dale zatrzymuje się w tej posiadłości i liczy, że odnajdzie w niej upragniony spokój. Niestety Stewart ma w zwyczaju podejmować nienajlepsze decyzje, ta również nie okaże się dla niego błogosławieństwem... Ba! Ujęłabym, że przekleństwem...

Koniecznie musiałam wziąć pod lupę narrację. Mamy tutaj i pierwszoosobową i trzecioosobową, a to dlatego, że mamy narratora! Dale McBride to wspomniany przeze mnie wyżej, tragicznie zmarły przyjaciel Stewarta. Opowiada nam on o przeżyciach dawnego przyjaciela, skupia się na wydarzeniach, które miały mniejszy lub większy wpływ na jego teraźniejsze położenie... Początkowo nie przywiązywałam większej uwagi do tych "wywodów", jednak w momencie kulminacyjnym okazuje się, że to co nas zaskakuje, tak naprawdę cały czas było pod nosem. Autor bardzo sprawnie prowadzi akcję, można powiedzieć, że na dwa fronty, przeskakuje pomiędzy wątkami, nie gubiąc się nawet na moment.

Cała opowieść kręci się wokół duchów, sił nadprzyrodzonych, niewyjaśnionych sytuacji, głosów, dźwięków... Jest bardzo przerażająca i wierzcie mi, że włos na głowie się jeży... Celowo pomijałam niektóre fragmenty, bo wiedziałam po prostu, że nie będę mogła spać... Po raz kolejny już wybrałam sobie książkę, której żałowałam. Dla tchórzy nie polecam! Pamiętajcie!

Ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka


Julia Komorska


    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz