"Miasto luster" - Justin Cronin

Na starcie zaznaczam rzecz bardzo ważną, jak nie najważniejszą! "Miasto luster" to finał trylogii Przejście, docenionej przez samego Stephena Kinga! Jeżeli ktoś tak ceniony w świecie literackim, jak King, chwali dzieła kolegi po fachu, to znak, że zdecydowanie warto przekonać się na własnej skórze, o co w tej trylogii "chodzi"! Paczka z tą książką o mało nie wgniotła mnie w ziemię swoją wagą! Musicie wiedzieć, że to kawał powieści! Serio! Pisząc kawał, na myśli mam prawie 800! stron! Nie boję się grubych powieści, nigdy nie przerażały mnie historie liczące przeszło 400 stron, ale niemal 800 zmroziło mi krew, przyznaję!

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest dla Was poczucie bezpieczeństwa? Pewny dom, ciepłe kąty, rodzina, przyjaciele, znajomi, stojący za plecami. Stała praca i stały wpływ na konto. To wszystko składa się na to, że czujemy się bezpieczni, pewni... A co gdyby tego wszystkiego nagle zabrakło?

Justin Cronin stworzył świat niepewny, pełen zła czającego się tuż za rogiem, stworzył różnorodnych bohaterów i wiecie co jeszcze? Nastrój. Pełen grozy, strachu i gęsiej skórki...

Minęło 21 lat, od chwili, gdy mieszkańcy Republiki Teksasu uznali, że wirole całkowicie zniknęły. Niemal wszyscy wierzą, że są w stanie żyć jak dawniej, znów się osiedlają, zakładają rodziny, biznesy, snują plany... Michael Fisher - gangster, który początkowo nie wzbudził mojej sympatii i wizjoner Lucius Greer nie wierzą w to, że mogą odetchnąć. Nie mają złudzeń, co do tego, że zło powróci i obawiają się, że będzie to powrót ze zdwojoną siłą. Mężczyźni są tak pewni swoich przeczuć i podejrzeń, że decydują się na remont starego, norweskiego statku, by zrobić z niego coś, na miarę Arki Noego. Otaczający ludzie mają ich za szaleńców, nie biorą ich na poważnie, wyśmiewają. Zadawałam sobie pytanie, czy robią to, bo rzeczywiście czują się zupełnie bezpieczni, czy może dlatego, że boją się, iż wypowiedziane myśli, mogą zamienić się w coś namacalnego...

Poznany już we wcześniejszych tomach Ojciec Dwunastu, czyli Zero, wcale nie zginął, wręcz przeciwnie, jest jeszcze potężniejszy, bo napędzany rządzą zemsty. Siedząc w podziemiach zniszczonego Nowego Jorku, snuje plan doskonały na wyniszczenie wszystkiego, co pozostało, a także tego, co ludzie zdążyli już odtworzyć. Niezliczeni słudzy czekają tylko na rozkaz swojego Ojca, gotowi zrobić wszystko, co ten każe. Mieszkańcy Republiki Teksasu nie są niczego świadomi, nie mają nawet pojęcia, jak ogromne niebezpieczeństwo im grozi... Jedyną nadzieją i  ratunkiem dla świata jest Amy, dziewczyna znikąd, która ma moc i siłę, by przeciwstawić się Zero. Prawda jest jednak taka, że to nie będzie łatwe zadanie, a Amy mimo że niezwykła, będzie musiała wykrzesać z siebie niemożliwe, by uratować świat...

Justin Cronin pisze lekko, przyjemnie, chwytliwie, co zupełnie odróżnia go od wspomnianego na wstępie Kinga. A przyznam, że powieści Kinga to absolutnie nie moja bajka... Mogę zarzucić autorowi rozwlekanie się nad kwestiami, które mnie nie intrygowały. Jednak można to zrozumieć dwojako, bowiem główny wątek ratowania świata i czającego się w każdym zakamarku zła, był tak ciekawy, że chciałam w mig pokonać te prawie 800 stron i poznać już zakończenie.
Lubię tematy apokaliptyczne zarówno w literaturze, jak i kinematografii, choć stronię od fantastyki, a już na pewno takiej wielotomowej, to dałam się skusić i nie żałuję! Powieść łączy w sobie grozę, niepewność, trochę romansu, przyjaźni... Wszystko, co powinno znaleźć się w tak grubej książce. Polecam wszystkim fanom fantasy, którym niestraszne są bardzo, bardzo grube książki!

Ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros



Julia Komorska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Ja też kocham grube książki. Tej nie znam, ale recenzja mnie zaciekawiła. Muszę i ja dorwać "Miasto luster".

    OdpowiedzUsuń