"Małe kobietki" - Louisa May Alcott

 Kiedy czytam powieści, które mogą przenieść mnie w czasie do XIX wieku albo nawet i XVIII, to utwierdzam się w przekonaniu, iż urodziłam się zdecydowanie za późno! Może reinkarnacja naprawdę istnieje i tak mi się spodobało w tamtym czasie, że nie mogę o nim zapomnieć i sromotnie tęsknię. Jak to dobrze, że istnieją takie powieściopisarki jak Jane Austen, Louisa Alcott, czy nawet Lucy Maud Montgomery! Każda z nich żyła w nieco innej przestrzeni czasowej, a mimo wszystko wykreowały niesamowite światy przedstawione w swoich powieściach. Tym razem miałam przyjemność wpełznąć niczym gąsienica do książki "Małe kobietki", czyli pierwszej z czterech powieści Alcott. 

Historia dziewcząt o zacnym nazwisku March była mi znana z filmów. Jestem ich wielką fanką, dlatego z rozkoszą chciałam poznać ich losy na kartach powieści. Warto sięgać do źródeł, a jeszcze lepiej od nich zaczynać. "Zła" kolejność nie sprawiła jednak, że mniej chętnie chciałam przeczytać książkę. Wręcz przeciwnie! Bardzo chciałam się upewnić, jak mocno różni się od ekranizacji filmowych, a nie jest to tylko jedna. Tak więc przekonałam się, lecz przede mną jeszcze trzy tomy, więc muszę zachować pewien obiektywizm i nie popadać w zbyt dużą ekscytację.

Jeżeli ktoś nie zna całkowicie fabuły "Małych kobietek" (Cóż za nikczemność!), to łaskawie napomknę,  z czym może mieć do czynienia. Otóż jest to opowieść o czterech siostrach - Meg, Jo, Beth i Amy. Te młode damy starają się urozmaicać swój czas wieloma przygodami, chcąc tym samym zapomnieć o biedzie i nieobecności ojca. Pan March walczy w wojnie secesyjnej, a mama stara się zrobić wszystko, aby córkom niczego nie brakowało i żyły szczęśliwie. Nie jest to jednak tak przykra opowieść, jak mogłoby się wydawać. Dziewczęta przeżywają wspólnie niezapomniane chwile, a towarzyszy im w tym wszystkim Teddy Laurence, pieszczotliwie nazywany Lauriem. 

Ta opowieść przesiąknięta jest na wskroś miłością, szczodrobliwością i lekcjami pokory. Mądrości Pani March są niezastąpione i z uznaniem można czytać jej rady, które serwuje córkom. One zaś są bardzo posłuszne i oddane rodzinie. Kiedy jednej z nich coś się wydarza, robią wszystko, by pomóc i przywrócić wiarę w lepsze dni. Jest to niezwykle wzruszające. To solidny wyciskacz łez i uśmiechu. Raz czuć podekscytowanie, a następnie przenikającą rozpacz. Tutaj wszystko może się wydarzyć, nic nie jest banalne czy też monotonne. Losy bohaterów poznajemy rozdziałami, a każdy z nich jest odrębną historią z ich życia, małą opowiastką, która staje się też całością. 

Na uwagę zasługuje także przepiękne wydanie książki. Zyskała dzięki temu nowe życie. Grzbiet dużymi literami krzyczy do nas caps lockiem "MAŁE KOBIETKI". Dzięki temu nie można przejść koło niej obojętnie. Zdecydowanie skupia na sobie uwagę czytelnika. W środku znaleźć można maleńkie ilustracje i jedynie do nich mogę mieć jakąś uwagę. Nie do końca spełniają moje oczekiwania i czasami za bardzo postarzają bohaterów. Nie wszystkie, ale niektóre są mniej udane. Okładka natomiast bardzo do mnie przemawia. Jest delikatna, subtelna i bardzo wymowna. Skromność jest najlepsza.

Cóż, na koniec mogę jedynie rzec, że ci, którzy jeszcze nie przeczytali "Małych kobietek", to muszą czym prędzej dostąpić tej rozkoszy. Ja tymczasem zamierzam pochłonąć kolejne części.

Ocena: 10/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu - mg

Paulina Mocka


    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

3 komentarze:

  1. Podobała mi się ta historia, choć na pewno nie aż tak jak Tobie. Z kolei drugi tom był nieco słabszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszyscy polecają.. i ja muszę się skusić na tę lekturę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kupiłam ją, ale jeszcze nie zabrałam się do czytania.

    OdpowiedzUsuń