"Niegrzeczny rockman" - Kristen Callihan

 Po ostatnim przeczytanym przeze mnie romansie, miałam ogromny zapał i jeszcze większą ochotę na kolejne, dobre romansidło. Chciałam jak najszybciej napisać dla Was recenzję i wziąć w ręce kolejną powieść. Tak też zresztą zrobiłam i mimo naprawdę ograniczonego czasu, poszło mi w miarę szybko. Dziś czuję w zasadzie to samo. Chcę jak najszybciej zrecenzować książkę Kristen Callihan i ruszyć po kolejną, z tym że niekoniecznie już po romans. Zastanawiacie się pewnie dlaczego, niestety mimo mojej wielkiej nadziei, że "Niegrzeczny rockman" okaże się świetna książką, czekało mnie drobne rozczarowanie...

Bardzo lubię romanse, jest to chyba mój ulubiony gatunek literacki, lubię też kryminały, powieści obyczajowe, thrillery, uwielbiam też książki dokumentalne, biograficzne, generalnie jestem bardzo otwarta. Erotyki też lubię, ale tu warunek jest taki, że musi być on smacznie napisany. Nie mam na myśli tego, że opisywany seks ma być grzeczny, cichy, krótki i zwięźle opisany, bynajmniej! Chodzi mi tutaj, o smaczne ujęcie w słowa, opis wiarygodny, dokładny ale nieodpychający, a wierzcie mi, że nie każdy to umie! 

Tytuł już z okładki wrzeszczy, że będzie niegrzecznie. Tytułowy rockman, jak typowa gwiazda muzyki rockowej jest młody, gniewny, szalony na maxa i mówiąc krótko - skłonny pójść do łóżka ze wszystkim, co się rusza, pod warunkiem, że jest na odpowiednim rauszu, a "to coś" ma waginę. Bariery dla niego nie istnieją, liczy się chwilowa przyjemność, seksualna satysfakcja, odreagowanie, a na drugi dzień rano, najlepiej, żeby obudził się już solo. W życie zbuntowanego rockmana wkracza ciekawa osobowość. Stella Grey, młoda, barwna i charakterystyczna kobieta, której profesji nie potrafię zrozumieć. Mimo ciekawej osobowości i intrygującej przeszłości, przeszkadzało mi, że mając kłopoty finansowe, jako główne źródło dochodu traktuje opiekę od czasu do czasu nad czyimś zwierzęciem. Aaaa no i zapomniałabym, że Stella jest także "przyjaciółką do wynajęcia", powiedzcie sami, czy to nie jest dziwne?

Pomijając już to, co napisałam Wam wyżej, historia zaczęła się ciekawie i w miejscu nietypowym. W supermarkecie! Stella i John wybierają te same produkty, a nawet kłócą się o ostatnie opakowanie miętowych lodów i właśnie tak zaczyna się ich historia. Później jest już jakby mniej ciekawie, przynajmniej w moich oczach. Stella zrządzeniem losu, na pewien czas zajmuje mieszkanie tuż obok apartamentu Johna. Ten kilkakrotnie ratuje ją z opresji, ale też uprzykrza nieco życie, ćwicząc granie... To rock, więc wiadomo, że cicho nie będzie... W którymś momencie Stella postanawia poprosić, by John zachowywał się trochę ciszej i wkrada się przez balkon do jego mieszkania - przez ten manewr widzi swojego sąsiada dokładnie tak, jak Pan Bóg go stworzył...

Właśnie mnie olśniło, że zapomniałabym o najlepszym! Podczas akcji supermarket, Stella całuje Johna, nazajutrz okazuje się, że ten ma jakąś chorobę weneryczną, ale już dokładnie nie pamiętam jaką, w każdym razie bardzo się boi, że przez pocałunek mógł nią zarazić rudowłosą nieznajomą... 

Kurczę, no nie przekonała mnie ta historia i nie byłam w stanie jej dokończyć. Naciągane było tu dla mnie wszystko, nic mnie nie ciągnęło do dalszego czytania, a bohaterowie, cóż, choć początkowo wydawali się intrygujący, to jakoś nie zyskiwali mojej sympatii. Podsumowując, mamy tyle świetnych książek, że żal skupiać się na czymś, co jest tylko średnie...

Za egzemplarz dziękuję Księgarni Muza


Julia Wyrębska


    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz