"Zawalcz o mnie" - Corinne Michaels

Seria The Arrowood Brothers, słyszeliście może? Ja dopóki nie wzięłam w dłonie tej książki, nie
miałam pojęcia o istnieniu serii. To wyjaśnia, dlaczego zaczęłam od części drugiej - po prostu nie wiedziałam, że jest pierwsza... Wybierając powieści do recenzji, rzucam tylko szybko okiem na okładkę, tytuł i autora, nie mam zazwyczaj czasu na czytanie opisu. Tutaj okładka wydawała się niegroźna, tytuł spoko, a autorkę znam, byłam zachwycona czytając jej "Consolation" i "Conviction", co więc mogło pójść nie tak?

Odpowiadając sobie samej na pytanie - wszystko. Fakt, że zaczęłam czytać od drugiego tomu, nie miał absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ początek książki wyjaśnia wszystko, a ten tom poświęcony jest innym już bohaterom. Wszystko zaczyna się od tego, że czworo braci składa sobie obietnicę - otóż nigdy się nie ożenią i nie będą mieli dzieci. Po prostu nie założą rodzin. Ta, jakże absurdalna moim zdaniem obietnica, została złożona tylko dlatego, że matka chłopaków zmarła przedwcześnie, a ojciec alkoholik nieustannie ich bił, znęcał się psychicznie i przysparzał zmartwień. Z mojego punktu widzenia, tak traumatyczne i nieudane dzieciństwo mogłoby być powodem, dla którego każdy z nich pragnąłby założyć szczęśliwą rodzinę, dać dzieciom to, czego sam nigdy nie miał i zwyczajnie nie pójść w ślady ojca. W końcu każdy z nas jest kowalem własnego losu, no ale cóż...

Chwilę po złożeniu obietnicy, Declan biegnie do swojej dziewczyny Sydney i z nią zrywa. Kłamie, że jej nie kocha, że jest mu obojętna i oznajmia, że wyjeżdża z  miasteczka i nigdy nie zamierza wracać. Oczywiście dziewczyna się wścieka, kto by się nie wściekł? Najpierw obiecanki, zapewnienia, że kocha, że na zawsze, wielkie plany, a teraz nagle odmianka. Na szczęście nasza bohaterka ma na tyle godności, że po powiedzeniu, co o nim myśli, odwraca się na pięcie i odchodzi. Z tą godnością po upływie lat, już nie jest tak samo. Niestety.

Declan wraca, jego brat żeni się z najlepszą przyjaciółką Sydney, która mieszka niedaleko. Ona i Declan nieustannie na siebie wpadają i jeśli się nie mylę, to już przy pierwszym spotkaniu Syd nie kryje się z tym, że wciąż go kocha. Od tego powrotu zaczyna się melodramat. Ciągłe spotkania, wyznania nieprowadzące do niczego, pocałunki i inne, gorsze rzeczy... No i w kółko to samo, jedno zaskoczenie, które miałam nadzieję, że porwie jakoś tę historię i w końcu pozwoli mi się w nią wciągnąć, no ale niestety tak się nie stało.

Sydney jest mdła, nudna, ze skłonnością do masochizmu i robienia dramatów. Zero jakiejś samokontroli, konsekwencji tu nie ma w ogóle, no masakra... Declan to idiota, jednym słowem można go opisać w punkt. Trzyma się śmiesznej, złożonej przed laty obietnicy, zwłaszcza że jego brat założył rodzinę, więc jako pierwszy ją złamał. Absurd goni absurd... Nie dałam rady dokończyć tej książki, bo nie lubię się nad sobą pastwić, nie lubię tracić czasu, z racji tego, że go nie mam, szkoda mi życia na kiepskie książki. Pamiętajcie, nie warto tracić czasu na beznadziejnych ludzi i na beznadziejne książki! Nie polecam.

Za egzemplarz dziękuję MUZA SA



Julia Wyrębska



    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz